poniedziałek, 14 stycznia 2013

NENA - Nena 1983

Czerwiec roku 1982. Zimna wojna trwa w najlepsze, a  The Rolling Stones dają koncert w Berlinie Zachodnim. Podczas trwania show w pewnym momencie zostają wypuszczone w niebo balony. Popychane przez wiatr, połączyły się w kształt przypominający olbrzymi statek kosmiczny.
Świadkiem tego zdarzenia był wówczas gitarzysta zachodnioniemieckiego zespołu NENA - nieżyjący już Carlo Karges. Myślał wtedy, co mogłoby się zdarzyć, jakby to ,,UFO"  przeleciało nad murem berlińskim do sowieckiego sektora. Nie były to bynajmniej wizje optymistyczne.

W tamtych czasach straszono nas prawdopodobieństwem wybuchu  wojny nuklearnej, rozpętanej przez dwa obozy napinające swoje muskuły: kapitalistyczne USA kontra socjalistyczny ZSRR, a  obrazek naciskanego guzika odpalającego rakiety  był  częstym  elementem  powieści sensacyjnych i filmów. Nawet miasto Berlin rozbito na dwie strony - zachodnią i wschodnią.
Znienawidzony mur berliński dzielił ludzi. Mieszkańcy miasta nie różnili się,  mieli takie same obawy i obojętnym był fakt  po której stronie  betonowej granicy  przebywali.
Napięcie było tak potężne, że wystarczyła błędna analiza rzekomego zagrożenia, by ktoś nie wytrzymał nerwowo i wykonał rozkaz do rozpoczęcia ostatecznej zagłady. Zagrożeniem mogły się stać nawet takie niewinne baloniki...
Wspomniany powyżej Carlo Karges jest pomysłodawcą tekstu do niemieckojęzycznej wersji przeboju ,,99 Luftbaloons" - nagrania, które uczyniło piosenkarkę i zespół NENA popularnymi na cały świat.
Trzeba dodać, że utwór posiada wersję angielską ,,99 Red Balloons", a tekst do niej napisał Kevin McAlea. Zawartość różni się w pewnym stopniu, jednak antywojenne przesłanie zostało zachowane. Wersja anglojęzyczna przedstawia dwoje dzieci kupujących w sklepie  99 baloników, które następnie wypuszczają w powietrze.
Natomiast wersja niemieckojęzyczna  nie nawiązuje do tego szczegółu. Dalsza część tekstu jest bardziej spójna w obu wersjach. Oto wadliwy sprzęt radarowy nie jest w stanie zidentyfikować balonów, kołyszących się na wietrze. Wojsko zostaje postawione w stan gotowości bojowej. Ogłoszono czerwony alarm, podejrzewając atak wroga. Poderwane do lotu myśliwce, które miały przechwycić balony robią fatalny błąd i wywołują wojnę nuklearną.  Zniknęli światowi przywódcy odpowiedzialni za zagładę, w efekcie nie było zwycięzców i jedyne co zrobiła ludzkość, to pozostawiła świat w ruinie. Wokoło zgliszcza i pustka... i kto by pomyślał, że to wszystko stało się przez zwykłe baloniki.  Baloniki, które  reprezentowały  nadzieje, marzenia, szczęście, wolność -  prawie wszystkie zostały zniszczone. Za wyjątkiem jednego, który zostaje odnaleziony i wypuszczony w górę bez obaw. Jako ostatnia nadzieja.
,,99 Luftbaloons" uznane zostało jako One-Hit Wonder, jeżeli chodzi o sukces międzynarodowy. Nigdy potem Nena nie odniosła  tak spektakularnego ataku na listy przebojów, a przecież już na jej pierwszym albumie znalazły się dwa inne przeboje: ,,Nur Getraumt" oraz ,,Leuchtturm".

,,Kiedy zaczęłam śpiewać z moim pierwszym zespołem, miałam siedemnaście lat. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że istnieje coś takiego jak ,,złote płyty". Celem było tworzenie muzyki i cieszenie się nią".

Płyta zatytułowana po prostu ,,Nena" ukazała się 14 stycznia 1983 roku. Nagrań dokonano w Spliff Studio w Berlinie.  Studio należało do niemieckiej grupy rockowej Spliff, której członkowie - Manfred Praeker oraz Reinhold Heil zostali także producentami debiutanckiego albumu ,,Nena".
Krążek bardzo szybko zyskał status ,,złotej płyty", potem doczekał się nagrody ,,platynowej". Dwanaście piosenek utrzymanych w stylu pop- rock, często wtedy szufladkujące zespół do wykonawców NDW, zostały przychylnie przyjęte przez słuchaczy. Piosenki nie są może tekstowo wybitne, często wręcz naiwne, lecz przy tym jak najbardziej szczere, gdy śpiewa to tak młoda wtedy wokalistka. Nagrania opowiadają o jej fascynacji kinem, a także o Indianach (w niemieckiej kulturze Indianie odgrywali dość istotną rolę - od czasów niemieckiego pisarza Karola Maya, który stworzył jakże popularną postać Winnetou, po zachodnioniemieckie czasopismo Bravo, które  przyznawało nagrody Bravo Otto w postaci statuetki sympatycznego Indianina). Nie zabrakło oczywiście opowieści o relacjach damsko- męskich (Nur Getraumt, Leuchtturm), przedstawionych w sposób tak niewinny, że skutecznie trafiały do nastoletnich odbiorców.

Album nie nuży po latach, chociaż moim zdaniem trochę prymitywnie brzmią dżwięki wydobywane z syntezatora. Strasznie trąca myszką wstęp do ,,Nur Getraumt", bardziej efektowny sound jest za to póżniej - przed refrenem. Kiedyś tak uwielbiana przeze mnie ,,Latarnia morska" ( Leuchtturm) po trzydziestu latach nie powoduje już ekstazy, lecz nadal uważam ją za jedną z najbardziej ulubionych kompozycji Neny.
Rockowo za to brzmią gitary i ich popisy wypadają o wiele lepiej po latach, niż syntezatorowe plumkania. Zespół balansuje w kręgach lekkiej muzyki pop, wymieszanej z żywiołowym rockiem, a w kompozycji Indianer wyrażnie słychać wpływ brytyjskiej nowej fali. Vollmond natomiast czerpie garściami z  muzyki bluesowej, gitarzyści  koncentrują się na wydobyciu akustycznych brzmień, bez zbędnych ozdobników elektronicznych. Także na bluesową nutę, lecz w szybszym tempie jest zagrany utwór Noch Einmal. Tu jednak syntezatory trochę przeszkadzają i usuwają gitary w cień. Rock, blues, pop i syntezatorowy lukier na wierzchu  to nie wszystkie style, wokół których obraca się zespół. Trochę rytmów reggae zostało wplecionych w leniwe nagranie Ich Bleib Im Bett. Album zostaje zwieńczony  klimatycznym Satellitenstadt.

Nena i jej kompani z całą pewnością nie spodziewali się międzynarodowego sukcesu. Zadecydował zwykły przypadek, gdy prezenter stacji radiowej KROQ w Los Angeles  o nazwisku  Rodney Bingenheimer odtworzył ,,Dziewięćdziesiąt dziewięć baloników", a po chwili rozdzwoniły się telefony z pytaniami o wykonawcę. Nadmienić trzeba, że rynek amerykański to marzenie nie tylko artystów niemieckich, ale i  brytyjskich - mimo posiadania przez nich mniejszych barier językowych. Na szczęście sukces  zespołu NENA - choć krótkotrwały w USA - nie przewrócił w głowach młodym muzykom.
O  wiele mniej entuzjastyczna i powściągliwa była prasa brytyjska.  ,,Guardian" podsumował muzykę na albumie: ,,pani ma doskonały głos, ale jej muzyka jest przede wszystkim tak banalna, jak cały zespół".  Natomiast ,,New Musical Express" napisał  sarkastycznie: ,,Nena nadciągnęła z 99 czerwonymi balonami, jest to broń, która może spowodować większe spustoszenie niż Zeppelin".

Kino 
Indianer 
Vollmond 
Nur Geträumt
Tanz Auf Dem Vulkan 
99 Luftballons 
Zaubertrick 
Einmal Ist Keinmal 
Leuchtturm 
Ich Bleib' Im Bett 
Noch Einmal 
Satelliten-Stadt

5 Comments:

Anonymous Zespół Disco Polo said...

Fajny blog oraz wpis. Polecam każdemu :)

wtorek, 15 stycznia, 2013  
Blogger TOM said...

Dzięki za ten post o debiutanckiej płycie Neny. Sam Cię namawiałem abyś nie rezygnował z recenzji tej właśnie płyty ale chcąc być całkiem szczery - przyznam, że sam dawno jej nie słuchałem. Więcej, jak 99 baloników zdobywało listy przebojów byłem mało świadomym muzycznie dzieciakiem i podobały mi się inne dźwięki. Po prostu. Nenę polubiłem tak na dobre gdzieś 10 lat po wydaniu tej płyty kiedy mogłem w całości poznać jej dyskografię ale wcześniej "jarały" mnie poszczególne kawałki z różnych jej płyt. I tak nic nie pobije wg mnie przebojowego "it's all in the game" - oczywiście w wersji niemieckiej wydanego 2 lata później czy choćby "Irgendwie irgendwo irgendwann" ale wróćmy do tej płyty. Przesłuchałem ją wczoraj 2 razy, pod rząd, i wiesz, nadal ją lubię. Zgadzam się że nie ma już takiej ekstazy i zauroczenia ale uważam że jest to nadal kawał fajnego, lekkiego popu, pop-rocka który po latach się broni. Ci którzy zetkną się z tą płytą po raz pierwszy na pewno zwrócą uwagę nie tylko na hit "99 Luftballons" ale także na "Nur Getraumt", "Tanz auf dem Vulkan" i "Leuchturm" no bo inaczej być nie może -to chwytliwe i po prostu przebojowe kawałki. Ja bardzo lubię też wspomniany przez Ciebie "Vollmond" i "Ich bleib' im bett" - tego drugiego na prawdę można posłuchać zostając w łóżku, wylegiwać się i mieć fajne wrażenie że dopiero cały dzień przed tobą. Czy płyta trąci myszką ? Trochę tak - w utworze "Noch einmal" już początek jest trochę taki "oklepany" - grany przez innych - czy mi to przeszkadza ? Chyba nie ale syntezatory owszem są już, no nie ukrywajmy, prymitywne. Płyty słucha się jednak przyjemnie, jest i przebojowo i nastrojowo - zresztą płyta kończy się bardzo ładnym "Satellitenstadt" który dobrze że zamyka to wydawnictwo bo ma klimat i fajnie tonuje nastrój zamykając tak trochę leniwie słuchanie całego krążka. Uważam też że nie ma na tej płycie zapchajdziur. Ja nie miałbym czego wyrzucić . Fajnie, że przypomniałeś specyfikę i sytuację polityczną pierwszej połowy lat 80-tych, tak tak, były 2 państwa niemieckie, zimna wojna, cały ten skomplikowany układ i w tym gorącym kotle żyliśmy wielokrotnie nie będąc świadomymi jak niewiele brakowało aby znów świat się podzielił i doprowadził do kolejnej wojny.

czwartek, 17 stycznia, 2013  
Blogger Andrzej Kowlik said...

Co ja tu czytam? Czytam, że płyta dobra, ale brzmienie zestarzało się - prymitywne brzmienie syntetyzatorów - że płyta dobra,ale jakaś taka, za bardzo, że tak ujmę "mało ambitna. W zasadzie, sam prezes bloga tłumaczy się, z faktu, że tą płytę przypomniał.
Kurwa mać.

Wtedy, rok 1983 to była, DLA MNIE SZMIRA, SYF, itp.
Po latach okazało się, że to bardzo dobry zestaw, POP - ROCKOWYCH piosenek. W tych kategoriach, pop-rock, płyta jest bardzo dobra ,zestaw nagrań jest zróżnicowany, a nie tylko jedno przebojowe nagranie, plus wypełniacze.
Całą płyta ma tzw drive, przyjemnie się słucha całej płyty, ciekawi, co zgrają dalej.

Powiem tak, pośród nieszczególnych płyt, szczególna płyta. Warta posłuchania. Ile płyt wydano w roku 1983? Pewnie kilka tysięcy! Ile jest pamiętane dziś? Kilka, to jedna z takich płyt, zapamiętana. Dlatego, że była jakaś....


piątek, 18 stycznia, 2013  
Blogger peiter said...

Takie Kimłajldowate to wszystko, poczawszy od image :) Trąci mychą strasznie

niedziela, 20 stycznia, 2013  
Blogger Andrzej Kowlik said...

Ja myszki lubię ogólnie ;-) może dlatego płyta podoba mi się? Kim Wilde też lubię, z płyt Kim Wilde i Select, później to artystkę lubię średnio, nie lubię płyty Close. Jak mało której płyty ;-)

By pozostać w klimacie śpiewających
panień to lubię jeszcze:
http://www.youtube.com/watch?v=GGvWawIcQRw



niedziela, 27 stycznia, 2013  

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

<< Home