piątek, 26 października 2012

SANDRA: Bezczelne, dyskotekowe nic

Jest rok 1985. Europejskie listy przebojów uginają się od cukierkowo - kiczowatych nagrań. Najzabawniejsze w tym wszystkim to fakt, że hity te zostały klasykami, które do dziś rozbrzmiewają w wielu stacjach radiowych. Do jednego z takich ,,evergreenów" zaliczamy hit ,,Maria Magdalena" niemieckiej piosenkarki Sandry. Wtedy dla wielu słuchaczy w Europie wokalistka nieznana. W Niemczech i Japonii - owszem. Zanim Sandra (wówczas jeszcze Sandra Lauer) rozpoczynała karierę solową, w obu wspomnianych krajach była znana jako jedna z trzech ,,Arabesek". Po zapoznaniu się z Michaelem Cretu i zakończeniu przygody z Arabesque, Sandra szybko rozwijała swój solowy wizerunek wykonując piosenki z gatunku pop i euro disco.

Do tej pory wokalistka sprzedała około 30 milionów płyt na całym świecie i jest uważana za jedną z najwybitniejszych piosenkarek w Niemczech. Oczywiście zalicza się do tej ,,lżejszej" ligi pop, w której znajdują się między innymi Madonna czy Kylie Minogue. Do dnia dzisiejszego Sandra posiada gromadę lojalnych fanów, będących z nią na dobre i złe czasy. Tak, nawet u Sandry życie nie było usłane ostatnio różami. Do dziś mam w pamięci jej mini występ w Sopocie (2008), gdzie playback był jedynie tym, czego można było wysłuchać. Cholernie smutno było także patrzeć na niewesołą twarz Sandry, która była chyba jeszcze zdołowana po rozstaniu ze swoim dotychczasowym mężem Michaelem Cretu. To już historia. Sandra wyszła po raz drugi za mąż i widać, że na dobre wyszło małżeństwo z Olafem Menges - wygląda o wiele lepiej, niż ją pamiętam z występu w Sopocie. Oczywistą naturą rzeczy  jest jej powrót do muzyki swojej młodości.

Sandra - Stay In Touch

Sandra Menges (tak obecnie się nazywa), wydała w końcu płytę, którą zatytułowała ,,Stay In Touch" (Bądż w kontakcie) i to jest prawdziwa ,,czysta" Sandra, jaką znamy z dwóch, trzech pierwszych płyt z jej dyskografii. Jako drugi głos (męskie wstawki wokalne) znakomicie wpasowany jest Hubert Kah, ten sam, którego znamy z wczesnych przebojów (m. innymi Maria Magdalena).
 Producentami płyty są Blank and Jones którzy ostatnio cwanie ,,wpieprzają się" we wszystko, co jest związane z latami osiemdziesiątymi i zbijają na tym niezłą kasę. Jednak to dzięki nim mamy taką płytę, ponieważ sami zaproponowali Sandrze, że można by ponownie tchnąć  magię, która jest w piosenkach  ,,Maria Magdalena" czy "In The Heat Of The Night ." Podczas pracy nad albumem uczestniczył także długoletni współpracownik Sandry Jens Gad - kompozytor.

Muzyka eurodisco ma to do siebie, że należy na nią spojrzeć pod innym kątem niż rock, czy nawet synthpop. Nie oznacza to zarazem, że można być zbyt pobłażliwym. W roku 1985 (czyli od czasów ,,Marii Magdaleny", aż do końca roku 1989) przez Europę przeszła potężna fala ,,koszmarków". Wykonawcy którzy nagrali jeden przebój i na drugi dzień zniknęli. Bardziej pomysłowy  producent potrafił nawet  wydać pod trzema pseudonimami różne nagrania. Jedynym śladem po ich ,,działalności" pozostał także często JEDYNY singel (WINYLOWY), oznakowany obecnie jako ,,rarytas" i osiągający na aukcjach EBAY dość wysokie ceny (często niewspółmierne do wartości muzycznej).

Z pewnym drżeniem zacząłem odtwarzać nagrania z ,,Stay In Touch". Już na samym otwarciu mamy tytułowego killera który według mnie powinien wyjść na singlu, a nie jakiś mdły ,,Maybe Tonight".
Płyta zrobiona według bardzo prostego schematu. Granie na biegu wstecznym (czyli cofnięcie się do lat 80tych) nie każdemu się spodoba. Patrząc na płytę przez jej życie osobiste - dokładnie czuć, że wokalistka otrząsnęła się po odejściu ,,enigmatycznego" Rumuna i przybranie sobie nazwiska Menges wyszło jej na zdrowie.

Album posiada czyste, eleganckie brzmienie. Nie jest zrobiony ,,na jedno kopyto", czego strasznie się obawiałem. Nie brakuje pięknie wyrzeżbionych, subtelnych dżwięków - Between Me And The Moon to prawdziwa podróż w przestrzeń kosmiczną, gdzie słuchacz może doznać stanu nieważkości. Na plus zasługuje świetnie dograny duet Kah - Sandra, obydwa wokale zachowały swoje, że się tak wyrażę - oryginalne :) - brzmienie.

 od lewej stoją Peter Ries, Sandra, Wolfgang Filz i Frank Peterson

Teraz coś zabawnego - Maria Magdalena 2 ukrywa się pod tytułem nagrania Kings and Queens. Już sam wstęp kompozycji wytrąca z równowagi. Plagiat samej siebie? Często się to zdarza, ale tu jest już jazda po naprawdę chwiejnej krawędzi. Jak ktoś jest wyczulony na wtórność - niech lepiej bierze to nagranie z przymrużeniem oka. Przynajmniej ostrzegałem :)

Szczerze mówiąc - jestem zawiedziony. Strasznie chciałem dokopać tej płycie. Tak jak duetowi Pet Shop Boys. Jednak tutaj nie ma nudy. Ciężko się gniewać na piosenkarkę, do której miało się słabość w latach osiemdziesiątych. Trudno znależć też słaby punkt na płycie.  Chociaż ogólnie niektórych może wkurzyć, że ta płytka jest taka ,,cacy cukierkowa" i ,,milusia" i w ogóle eurodisco pełną gębą. Przyłapiecie się i Wy na fakcie, że nie często będziecie ,,skipować" w odtwarzaczu, by przejść szybko do następnej piosenki.  Dla fanów Sandry pozycja obowiązkowa. Śmiem powiedzieć, że Stay In Touch to killer w jej dyskografii i  zapowiedzi, że będzie to jedna z jej najlepszych płyt, to faktycznie nie były czcze przechwałki.

Płyta jest też dość szczera w wyrazie. Nie bawi się w jakieś wyszukane, nowoczesne ,,odjazdy", nie naśladuje Lady GaGa czy piosenkarki o ksywie Rihanna - to po prostu jest ,,nasza" Sandra i tak do pioruna ma być. Jak kogoś mdli, to niech się męczy w sosie podawanym przez podane wyżej przeze mnie piosenkarki - dla mnie to hardcore nie do strawienia, a znam bardziej wymyślne narzędzia tortur.

Szkoda, że ta płyta nie ukazała się latem. Wiem, że sporo czasu zajęło dopracowanie tego cacka, by RObert POland nie mógł się do niej zbytnio przyczepić, heh:)
No i co, dranie zza Odry - udało się Wam to. A taki fajny tytuł już przygotowałem, miał być lincz  i co? I sito! A właśnie. Pozostaje mi wytłumaczyć się z tytułu posta. ,,Bezczelne dyskotekowe nic" padło dawno temu pod adresem duetu Pet Shop Boys, a wypowiedział te słowa jeden z redaktorów pisma NON STOP. Chociaż dla Pet Shop Boys  muzyka dyskotekowa to żartobliwa forma wyrazu i nigdy duet nie traktował jej śmiertelnie poważnie to i tak im się dostało. Niby ,,takie zwyczajne nic", ale jakże zabawne i urocze. Podobnie ma się rzecz z najnowszą płytą Sandry. Ktoś z Was chciał, by wróciły lata młodości, przenieść się do lat osiemdziesiątych? No to macie. Niektórzy mogą kręcić nosami, że to wszystko już spowszedniało i nie robi obecnie żadnego wrażenia. Wiem, że krytycy będą pisać, że płyta jest wtórna i nie wyznacza nowych trendów w muzyce. Fakt. To już było. Za dużo lat 80-tych na płycie z roku 2012? Sandra już zdobyła świat. Może więc szczerze powrócić do ,,swoich" klimatów, rozpływając się w pastelowych dżwiękach. Brzmi bardzo naturalnie i nikt nie będzie jej osądzał za powrót do korzeni.  Ale jak już na początku pisałem - to jest muzyka eurodisco i jakiegoś objawienia nie należy się w tym gatunku spodziewać.
Dla mnie jedna z lepszych płyt wokalistki, ostatnie płyty z dyskografii mówiąc brzydko ,,olałem", a tą sobie zachowuję i będę męczył przez najbliższe dni do znudzenia swego i sąsiadów zza ściany:)

niedziela, 14 października 2012

Sparks - Extended. The 12 Inch Mixes [1979-1984]

Dinozaury znowu dają znać o sobie. Trochę zapomniany przeze mnie zespół Sparks, który tworzą obecnie bracia Russell i Ron Mael, zadebiutował już w roku 1971.
Na rynku ukazały się już miesiąc temu wydane przez Repertoire Recs dwupłytowe składanki Sparks. Pierwsza to Shortcuts: The 7 inch Mixes[1979-1984], gdzie dwa dyski zawierają singlowe wersje ich przebojów, przeplecione z B-side`ami.
Tytuł drugiej składanki Extended. The 12 Inch Mixes [1979-1984] mówi sam za siebie. Niewątpliwa gratka dla kolekcjonerów, w szczególności dla miłośników Giorgio Morodera, ponieważ lata 79 - 84, to owocny okres współpracy tego pana z zespołem, co słyszymy dokładnie już od pierwszych dżwięków.
Charakterystyczne syntezatory a`la Neverending Story lub Together In Electric Dreams bezbłędnie ,,współpracują" z falsetem Russella, chociaż zastrzeżenie mam do np. nagrania nr 4 na płycie - The Number One Song In Heaven. Wersja ta wcale nie pochodzi z przełomu 79-84, lecz wyrażnie z okresu póżniejszego!

Na szczęście takich ,,niechcianych" brzmień nie ma tu wiele. Składanka pozwoliła mi także odkurzyć wspomnienia, gdy słuchałem tego zespołu dość często - poza tym, jest to jeden z ulubionych duetów Martina Gore z Depeche Mode. Na jego ,,Counterfeit" znalazła się nawet przeróbka ,,Never Turn Your Back On Mother Earth", która zwróciła moją uwagę na Sparks.

Obecnie duet Sparks koncertuje, a ich tournee nazwano ,,Two Hands One Mouth". Tym razem zrezygnowano z komputerowego instrumentarium, koncerty stały się bardziej kameralne i teatralne. Z drugiej strony muzycy nie chcą, by publiczność przysypiała na ich występach, więc mimo zastosowania jedynie keyboardu i wokalu starają się grać agresywnie jak za dawnych lat, co jest trochę trudną sztuką bez użycia perkusji i gitar.

Pofrunąć z prędkością dżwięku

Nieważne, jakiego gatunku muzyki słuchasz. Na pewno chociaż raz w życiu ci się to zdarzyło. Śledzisz listy przebojów, namiętnie tkwisz w ,,tych swoich klimatach", normalnie ekspert z Ciebie pełną gębą. Dokładnie pilnujesz, co porabia Twój ulubiony wykonawca, nad jaką płytą pracuje, jaką kawę pije rano, w jakich gaciach chodzi, jaką lubi zupę i z kim ostatnio się szlaja. Zanim się zorientujesz, o co mi chodzi, już podpowiadam: aluzję robię do tych niby gwiazd, które to niby mają talent (uhahah), ale bynajmniej nie muzyczny, lecz towarzysko - plotkarski.
Przez takich szkodników wiele fajnych, ciekawych (a często sporo ambitnych wykonawców), niestety nie posiadający  pleców (czytaj: promocji), zostaje bezczelnie zgłuszonych przez ostrą konkurencję.
Wielka to szkoda, że człowiek czasami dowiaduje się o jakimś zespole, który już przestał istnieć, a grał naprawdę ciekawie. Także w muzyce synthpop jest od groma takich ,,przypadków". Nie uważam, że akurat wszyscy byli jacyś wspaniali czy oryginalni, jednak gdyby dać im większe szanse, to kto wie, czy niektórzy nie rozwinęli by skrzydeł tak, by stanąć z Felixem Baumgartnerem  w konkury i pofrunąć z prędkością dżwięku.

Aby dalej nie rozwadniać tematu, ponieważ już w pierwszych linijkach tekstu to zrobiłem  i zboczyłem z kursu, mamrocząc coś znowu o wypromowanych ,,talentach", powracam na właściwe tory.
A więc - jesteś namiętnym słuchaczem (tutaj: muzyki lat 80tych, ówczesnego synthpopu itp). Wydaje się Tobie, że jesteś na czasie, nie przegapiając ciekawie brzmiących wykonawców i tu ... STOP! Wiek dwudziesty pierwszy, gdzie technologia w postaci internetu, telefonów komórkowych i latających patelni  ostro ruszyła do przodu ryjąc nam wszystkim berety i pomału zabierając człowieczeństwo, pokazuje wszystkim, że NIE DA SIĘ ogarnąć wszystkiego. Człowiek musiałby być albo automatem siedzącym non stop przy portalach informacyjnych, nie dbającym o porządek w swoim mieszkaniu i żyć bez pracy lub... opcja numer dwa: być Bogiem.
Ani jedno, ani drugie nie wchodzi w rachubę.
Dlatego umykają nam co niektóre płyty, zespoły, które po cichu coś tam wydały, a ty przez kilka lat żyjesz w nieświadomości...
Koniec z tym.
Chciałbym Wam przedstawić trzech takich wykonawców, o których dowiedziałem się w tym roku i ani słowa nie napisałem na swoim blogu.
Skupiłem się na muzykach, którzy na szczęście jeszcze nie złożyli broni i nie powiedzieli  ostatniego słowa.

Na początek duet z Portland, Oregon (USA) czyli 
Mackintosh Braun. 

Tworzą go Ian Mackintosh oraz Ben Braun. Jako ciekawostkę nadmienia się fakt, że ojciec Bena  - Michael Braun to długoletni perkusista zespołu Hall & Oates.
Dopiero w tym roku zapoznałem się z ich muzyką, a konkretnie z albumem wydanym w roku 2010 - ,,Where We Are". Płyta jest w całości wypełniona przyjemną muzyką i całe lato mi towarzyszyła, wprowadzając w niesamowity, radosny nastrój. Nie ma na niej słabych numerów, wciąż się do tych nagrań chce wracać, mimo swojej rozbrajającej prostoty. Przegapiłem ten album w 2010 roku -  a szkoda, bo z pewnością śmiało konkurował by z takimi płytami jak Hurts ,,Happiness" czy Alphaville ,,Catching Rays On Giant".
,,Where We Are" to druga płyta w dyskografii Mackintosh Braun. Napalony na więcej tego samego, posłuchałem ich debiutu, który niestety wypadł w moim odsłuchu jakoś blado.
Ostatnio duet wydał nagranie ,,Spook You", które także według mnie jest słabszą kalką tego, co ,,wyrabia się" na ich płycie z 2010 roku.

Mackintosh Braun albumy:

The Sound (2007)
Where We Are (2010)

Teraz przenosimy się do Francji, gdzie spotkamy się z facetem o nazwisku
Alan Replica.

No dobrze, to nie jest jego prawdziwe nazwisko. Naprawdę nazywa się Marc A. Suaton (ur. 8 pażdziernika 1964 roku) i grał już w latach osiemdziesiątych. Pierwsze zetknięcie z jego muzyką (dwa tygodnie temu) zacząłem od płyty ,,Clockworks, Juliet" - normalnie wykapany Gary Numan z najlepszych lat. Pomijając oczywiście elektronikę, bowiem tu nie ma staroszkolnego grania, ale... posłuchajcie sami, a przyznacie rację, że Numan wywarł na Alanie Replica niesamowity wpływ. Chociaż z drugiej strony może być problem - płyty tego muzyka nie są łatwe do zdobycia nawet w sieci. Chyba, że posiadasz konto na synthema.ru :)
Alan Replica w młodości pracował w post punkowych nocnych klubach jako DJ lub barman. Podobno miał skandalicznie ekscentryczny wygląd, fryzurę i makijaż, dzięki któremy zdobył przydomek The Marquee. W 1981 zagrał w pierwszym swoim zespole nazwanym Then... Mask Decay, póżniej nazwa została skrócona do MASQ. Z tym zespołem koncertował przez pięć lat ( od 1983 do 1988). Grupa wysłała nawet taśmy ze swoją muzyką do firmy MUTE, Gary Numana a nawet do Ultravox - w roku 1986 już prawie mieli być supportem na ,,U-Vox Tour" we Francji, lecz firma Virgin powiedziała nie, wybierając innego wykonawcę.

Najciekawsze jest to, że do niedawna nie miałem pojęcia o tym muzyku - przeglądając jego biografię, to jest przecież jakiś weteran muzyki elektronicznej, tworzący w czasach świetności Ultravox, Gary Numana i Depeche Mode. Jednak o samym zespole MASQ o dziwo informacji w necie brak.

Alan Replica albumy:

Clockworks, Juliet (2003 / 2004)
Simulacra ( 2006)
Darkened (2008)

Na sam koniec grupa
Sound Tesselated.
Tutaj niezbyt spora  obsuwa z mojej strony, ponieważ płyty ,,Morning", wydanej w roku 2012 wysłuchałem... no, zgadnijcie, w którym roku. Okazuje się jednak, że niemiecki duet, który tworzą wokalista Ricardo Beck oraz klawiszowiec Norman Haas, zadebiutował już w 1996 roku, więc możecie mi zaśpiewać hymn pod tytułem ,,Stary niedżwiedż mocno śpi". Ostro więc nadrabiałem straty, wysłuchując ich dyskografii, którą w całości można polecić. Wokal trochę niczym stary, dobry The Twins, a wiem, że są ludzie rozmiłowani w takich lekkich, romantycznych wokalach. Dla nich przede wszystkim proponuję płytę ,,Morning" - a następnie można zająć się resztą ich płyt.
Duet sam siebie określa jako odpornych na muzyczne trendy i obojętnych na wyniki list przebojów, chcą być niezależnymi i wolnymi w tworzeniu eleganckiej muzyki pop mocno bazującej na wzorcach z lat osiemdziesiątych.

Sound Tesselated albumy:

Overnight (1996)
Homeless (2000)
Dizzy (2004)
Ghostwriter (2008)
Morning (2012)

sobota, 13 października 2012

Pet Shop Boys bez złudzeń

Wiecie, jakie pliki cieszą się największą popularnością na moim chomiku? Są to ,,Brilliant" Ultravoxu ( dzięki tej płycie zdobyłem dla Was aż 3 giga darmowego transferu), oraz najnowszy album Pet Shop Boys ,,Elysium".

Z biegiem czasu piszący te słowa przekonuje się do najnowszej odsłony duetu, choć nadal na kolana nie padł a szczęka nie potoczyła się z wrażenia po podłodze... ale dość narzekania jak nieporadna sierotka, bo oto przed nami bonusy, które ukazały się na singlu:

Pet Shop Boys - Leaving

Przyjrzyjmy się i wysłuchajmy czterech kompozycji, będącymi uzupełnieniem dla fanów, zbierającymi dosłownie wszystko, co stworzy spółka Tennant / Lowe.
Pierwsze nagranie już znamy z albumu.
Jest to ,,Leaving" - piosenka, w  której PSB rozprawia się z uczuciem, jakim jest miłość - pozbawia ją złudzeń mówiąc, że umarła (patrząc na obecny świat chyba w wielu z nas), chociaż na koniec optymistycznie i trochę naiwnie  wokalista wciąż w nią wierzy.

Teraz coś, za co można pokochać ten singel. Nagrania Hell oraz In His Imagination to killery ukazujące Pet Shop Boys w CZYSTEJ postaci. Dzięki tym kompozycjom wciąż u mnie istnieje wiara w duet, że jeszcze panowie nie odeszli na emeryturę i wciąż stać ich na stworzenie  przyjemnych nagrań. In His Imagination ma nawet klimat jednego z moich ulubionych ostatnio bandów, jakim jest Mackintosh Braun.

Na zakończenie skoczne ,,Baby" - przez pewien czas niedostępny rarytas, grany przez duet tylko na koncertach. Teraz wydany jako 2003 demo - no cóż, jak na demo, to piosenka ma przyzwoite brzmienie, twarda linia basowa aż rozpala syntezator do czerwoności, a miłośnik starszych nagrań duetu czuje się jak u siebie w domu.

Na koniec muszę przyznać: duet wcale lotów nie obniżył, Elysium to album trzymający piosenki w ryzach, chociaż te ramy nie wszystkich muszą zadowolić. Singel ,,Leaving" jest za to ożywczą pigułą na skołatane nerwy i pozwalającą spojrzeć pozytywnie na muzykę... disco.
 
 01. Leaving (3:50) 
02. Hell (3:33) 
03. In His Imagination (4:54) 
04. Baby (2003 Demo) (3:48)

poniedziałek, 1 października 2012

John Foxx: Tylko kochankowie pozostaną przy życiu

John Foxx and the Maths - Evidence

Trzeci już album wydany pod szyldem John Foxx and the Maths ukazuje nam, jak wszechstronnym muzykiem jest pan Dennis Leigh.
Gdy rozpoczynał karierę w Tiger Lily i Ultravox!, chyba sam się nie spodziewał, że w roku 2012 ktoś będzie go jeszcze słuchał. Sztuka ta udaje się tylko nielicznym. Co ciekawe, Foxx nie patrzy wstecz, nie usiłuje trzymać się jednego stylu, wciąż udziwnia, wciąż poszukuje nowych form wyrażenia się, wciąż kolaboruje... i na najnowszej płycie ,,Evidence", takich kolaboracji jest dość sporo. The Soft Moon,  Gazelle Twin, Tara Busch, Matthew Dear oraz Xeno & Oaklander zostali zaproszeni do współpracy, a jak wiadomo - postaci wręcz kultowej się nie odmawia.

Najnowszy krążek zaskakuje. Należy pamiętać, że większość instrumentów to przedpotopowe syntezatory analogowe, które jakby posiadają więcej ducha, mimo swojej zimnej i robotycznej wymowy. Sam muzyk jest zadowolony, że nadal może tworzyć na tych instrumentach, mimo wejścia w dwudziesty pierwszy wiek.
,,To nie jest tylko i wyłącznie zainteresowanie antykami" - powiedział Foxx w jednym z wywiadów. ,,To także szacunek dla określonego rodzaju muzyki. Obecnie jest spore zainteresowanie muzyką elektroniczną. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale tym lepiej dla mnie, ponieważ mam już w tym spore doświadczenie, które mogę kontynuować i rozwijać".

Płyty ,,Evidence" przesłuchałem na słuchawkach. Odrzuciłem też emocje, by nie robić ,,och i ach", że to niby legenda elektroniki i inne tego typu  pompatyczne teksty - postanowiłem przypatrzeć się tej płycie z dystansem i z boku. Cóż, nawet na zimno mogę stwierdzić, że John Foxx nadal utrzymuje się w świetnej formie, a nagrania Changelings, czy My Town przyprawiają o gęsią skórkę. Zastrzeżenie mam tylko do ,,charczącego" wokalu (ale tak to ma być) - ponieważ wszystkie płyty pod szyldem The Maths się właśnie tym wyróżniają.

Niespodzianką na płycie jest przeróbka ,,Have A Cigar" zespołu Pink Floyd. Gdy tą kompozycję posłuchałem po raz pierwszy, potrząsnąłem głową z niedowierzaniem - nie sądziłem, że to można TAK przerobić. Refren i ,,miauczący" syntezator jak za czasów new romantic - i już jesteśmy w domu.
I pomyśleć, że początkowo ,,Evidence" miał być EP`ką - chwała panu, panie Foxx, że miał pan tyle siły i pomysłów, by zaszaleć na organach i przedstawić nam swój świat w piętnastu odsłonach.

To chyba najmniej ,,zmechanizowana" i ,,zimna" płyta Foxx and the Maths. Nagrania Changelings, a także A Falling Star są mocno zabarwione ambientem, ogólnie cała płyta posiada sporo ciekawych elementów brzmieniowych typu pogłos, przeszkadzajki, oraz niezłe podkłady basowe.
Szukaliście w obecnych czasach  ciekawie zrobionej płyty elektronicznej? Właśnie ją znależliście.
Nagrana dzięki starym syntezatorom, mocno ,,kraftwerkowa" muzyka, lecz nie ślepo naśladująca - sama esencja, pozbawiona mechanicznej monotonii, pomalowana łagodnymi barwami przez elektronicznego maestro, z którym faktycznie nadal trzeba się liczyć.

W obecnym zalewie płyt - także elektronicznych, ,,Evidence" potrafi pokazać nam też coś nowego. Niekoniecznie trzeba grać na jedno kopyto, w jednostajny rytm dyskotekowy, by przypodobać się światu. Foxx zawsze uparcie tworzył to, w co wierzył. W latach dziewięćdziesiątych prawie cały świat o nim zapomniał. On nadal w swoim zaciszu tworzył i rozwijał swoje muzyczne umiejętności. Czasami potrzeba lat, by zostać docenionym. Podczas, gdy wiele ,,gwiazd" z lat osiemdziesiątych zeszło ze sceny, świat w końcu przypomniał sobie o prekursorach. Foxx został zwycięzcą.

Dodatek: Żeby nie było niedomówień - uważam, że ta płyta jest najlepszą z trzech wydanych pod szyldem John Foxx and the Maths.